sam Neptun śpiewał szanty...
Popłynęłyśmy z Bejem w rejs. Na Politechnice, takiem sobie ślicznym Opalu. Taklowniczy, czyli, że sklejałyśmy mapy, ja rozdzielałam narzędzia, żeby było po równo kluczy i takich dziwnych innych rzeczy, Bej robił inwentaryzację, ile kubków jest itd. Bo zaznaczyć należy, że ja Bej był pierwszym oficerem, czyli niezłą szychą.
Ze trzy dni siedzieliśmy w Górkach Zachodnich i taklowaliśmy. Tak taklowaliśmy, że aż kapitan chciał nam w opinie wpisać, że "było zajebiście", ale poprzestał na "było wspaniale". Potem ruszyliśmy w Morze, a właściwie najpierw na Zatokę. I tak, po kolei odwiedziliśmy Hel, Władysławowo, Gdynię, Górki, Łebę i znów Gdynię.
I właściwie nie wiem, co jeszcze możnaby powiedzieć, tak było. TAK było. Była gitara i czterech grajków, byli świetni ludzie, był świetny kapitan, atmosfera wręcz doskonała.
I takie to małe wszystko poza, kiedy sobie płyniesz, śmiejesz się, wstajesz o 4 rano na wachtę, kiedy jest zimno tak, ze śpisz w 2 polarach i swetrze, kiedy o 5 rano idziesz obejrzeć Chopina w Gdyni i przechodzisz przez płot Akademii Morskiej, kiedy pijesz piwo o wschodzie słońca. A przede wszystkim takie to małe kiedy wokół jest tylko woda. Kiedy jest mgła i zastanwiasz się, czy na nic nie wpadniesz.
Źle się wraca.
Ale po powrocie łatwiej się żyje.
malinowa-szekla 2008-05-05 10:00:41
skomentuj (1)